Problem organizmów modyfikowanych genetycznie obecny jest już w polskim rolnictwie od dawna. Organizmy takie zawierają w swoim materiale genetycznym geny wprowadzone w sposób sztuczny metodami inżynierii genetycznej. Geny takie mogą pochodzić od zupełnie odmiennych gatunków a często przytaczanym przykładem takiej manipulacji jest przeniesienie genu bakterii Bacillus thuringiensis do kukurydzy w celu uzyskania ochrony przed szkodnikami. Powierzchnia upraw gmo na świecie stale rośnie i pod koniec 2007 roku osiągnęła 114 miliona hektarów (przyrost roczny 12%). Przodują tu takie kraje jak USA, Argentyna, Brazylia, Kanada czy Indie a najczęściej uprawiane rośliny zmodyfikowane to soja, kukurydza, rzepak i bawełna. Brak jednoznacznych badań co do wpływu takich modyfikacji i ciągłe spekulacje podnoszą tylko temperaturę sporu, który toczy się już od lat na całym świecie.


Ciągłe problemy prawne z tworzeniem „stref wolnych od gmo” pozwalają przypuszczać, że współistnienia upraw roślin zmodyfikowanych genetycznie i tradycyjnych nie da się uniknąć. Jest to tym bardziej trudne, że w przyrodzie linie podziału nie przebiegają prosto i oba typy upraw nawet oddzielone strefami ochronnymi ulegają z czasem wymieszaniu. Pyłki roślinne mogą być przenoszone przez owady czy wiatr na odległość wielu kilometrów. Nie będzie więc można wykluczyć wystąpienia roślin zmodyfikowanych genetycznie w uprawach konwencjonalnych czy nawet ekologicznych. Świadczy o tym przypadek kanadyjskiego rolnika Percy’ego Schmeisera, w którego uprawach rzepaku na skutek przenoszenia pyłków przez wiatr znalazły się rośliny modyfikowane genetycznie z genem odporności na herbicyd. Mimo ewidentnego braku winy rolnika, skończyło się to szeroko nagłaśnianym procesem ze strony wielkiego koncernu biotechnologicznego będącego właścicielem licencji.


Zwolennicy biotechnologii jak i zagorzali przeciwnicy, których nie brakuje w naszym kraju pozostaną prawdopodobnie przy swoich opiniach. W całym tym zamieszaniu związanym z uprawami modyfikowanymi genetycznie ważne jest jednak, aby pozostawić nam wolny wybór. Chodzi zarówno o rolników, którzy powinni mieć możliwość zdecydowania, jaki materiał siewny jest dla nich odpowiedni. Przeciwnicy gmo zauważają, że zakup modyfikowanych nasion wiąże się z koniecznością realizowania odpowiednio dobranego programu ochrony roślin i stosowania konkretnych środków. Prowadzi to do ekonomicznego uzależnienia rolnika od producenta nasion i środków co nie każdemu musi się podobać. Taki intensywny model nie pasuje też do polskiego a zwłaszcza małopolskiego rolnictwa, w którym liczy się bardziej tradycja, produkcja lokalna i niszowa. Nie trzeba dodawać, że w produkcji ekologicznej bardzo u nas rozpowszechnionej stosowanie gmo jest zakazane.


Po drugiej stronie barykady znajdują się konsumenci, którzy kupując towar w sklepie powinni otrzymywać jednoznaczną informację czy dany produkt zawiera składniki modyfikowane genetycznie. Jak wykazują badania świadomość ekologiczna naszego społeczeństwa jest coraz wyższa i coraz większą wagę przywiązujemy do jakości żywności. Trudno się temu dziwić, gdy systematycznie ujawniane afery żywieniowe tak jak ta ostatnia z zatruciem mięsa dioksynami oddziaływują na wyobraźnie kupujących. Obserwujemy powolne formowanie się grupy konsumentów, zwłaszcza w większych miastach złożonej z ludzi gotowych zadać sobie trud i płacić wyższą cenę za produkty o wysokiej i potwierdzonej jakości. Jest to szansa na rozwój i utrwalenie się rynku żywności ekologicznej.

 

Wojciech Ślósarz