Czytając artykuł P. Artura Arszułowicza w numerze 12/2008 „ Pszczelarstwa” uświadomiłem sobie , że większość pszczelarzy jest być może nawet przestępcami, albowiem sprzedają miód ze swoich pasiek nie posiadając obowiązkowego numeru sprzedaży bezpośredniej. Rozporządzenie wprowadzająca ten obowiązek weszło w życie w styczniu 2007 r. Nie zawiera ono żadnych terminów w jakich można by dostosować się do tych wymagań nie popadając w konflikt z prawem tzw. vacatio legis. Obowiązuje po 14 dniach od momentu opublikowania. I oto wszyscy pszczelarze i rolnicy którzy zwyczajowo sprzedają swoje produkty na rynku znaleźli się w konflikcie z prawem, często w ogóle o tym nie wiedząc. Jeśli będą nadal prowadzić swój „proceder” grożą im kary finansowe. Tak więc polski pszczelarz musi uzyskać kolejny numer dla prowadzenia swojej działalności. Miejmy nadzieję, że przepis ten wpłynie z czasem na poprawę warunków produkcji miodu. Tak nie stało się w niedalekiej przeszłości, gdy wprowadzano obowiązek rejestracji pasiek u Powiatowych Lekarzy Weterynarii. Pomijając niechęć samych lekarzy i czasem nawet wypadki odmowy przyjmowania wniosków od pszczelarzy, akcja ta nie miała żadnego wpływu na poprawę funkcjonowania pasiek, czy zdrowotność pszczół. Nie słyszałem aby choć jedna zgłoszona pasieka została wcześniej zlustrowana przez Pow. Lekarza Wet. Ot typowa urzędnicza sztuka dla sztuki.

Trzeba zrozumieć i zaakceptować ustalanie wymogów sanitarnych i weterynaryjnych dla produkcji żywności , ale stosowanie tych samych wymogów do miodu jak do np. mleka czy mięsa jest przecież nieporozumieniem. Zwróćmy też uwagę, że przy nakładaniu na rodzimych pszczelarzy kolejnych wymogów prawnych i formalnych jednocześnie zezwala się na szeroki import miodu z całego świata w tym np. z Chin, nie pytając zupełnie w jakich warunkach został tam wyprodukowany.

Mimo nadprodukcji cukru w Europie nadal nie można się doczekać cukru-paszy dla pszczół który byłby dla nich bezpieczny i choć trochę tańszy.

Nikogo z decydentów nie martwi chyba fakt że kurczy się pogłowie pszczół i dzikich zapylaczy. Nikt na razie nie obawia się załamania produkcji żywności z powodu ich braku. Głosy zwolenników ochrony przyrody uważa się często za „oszołomstwo”, lub przypisuje się im niecne cele.

A pszczoły mają się coraz gorzej. Chorują, giną masowo. To jednak nie ma żadnego odbicia w systemie prawnym. Nadal chorobą zwalczaną z urzędu jest zgnilec złośliwy, który nie jest obecnie żadnym problemem w pasiekach. Występuje bardzo rzadko, łatwo go definitywnie wyleczyć i straty z jego powodu można ocenić na ułamki promila. Pojedyncze zgłaszane oficjalnie przypadki jego wystąpienia uruchamiają liczne, a dziś już całkowicie anachroniczne procedury weterynaryjne z likwidacją całych pasiek włącznie. Dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie zgłasza wystąpienia choroby tylko likwiduje ją we własnym zakresie. Na drugim biegunie mamy warrozę, pasożyta występującego w każdej pasiece i rodzinie pszczelej w kraju. Pasożyt ten wraz z towarzyszącymi wirusami powoduje tylko w Polsce coroczne straty sięgające dziesiątek a nawet setek tysięcy rodzin i nie ma szans na jego całkowite zniszczenie, pszczelarze będą na zawsze już skazani na jego obecność. O warrozie nic nie słyszeli jednak urzędnicy polscy i unijni. Jak pamiętamy w roku ubiegłym, aby uzyskać pomoc finansową do zakupu leków warrozobójczych dziesiątki tysięcy polskich pszczelarzy musiało pisać indywidualne oświadczenia o występowaniu pasożyta w ich pasiekach. Podobna sytuacja dotyczy nosemozy, drugiego po warrozie zabójcy pszczół w Polsce. Zakazano sprzedaży Fumagilliny i na tym koniec. Nikt więc nie przejmuje się że do zwalczania chorób pszczół nie ma już prawie żadnych leków weterynaryjnych, a te które są można dostać tylko za pośrednictwem lekarzy wet. a więc drożej. Ostatnio dowiadujemy się, że skuteczny w zwalczaniu warrozy Biowar z Biowetu w Puławach nie będzie prawdopodobnie dalej produkowany. A więc ubędzie kolejny lek po wycofanym już wcześniej bardzo skutecznym Apifosie . W perspektywie zatem będziemy mieć pewnie do dyspozycji jeden tylko lek produkowany przez bogaty koncern europejski na który zresztą warroza już się uodparnia.

Życie jednak nie znosi próżni. Jeśli nie będzie skutecznych leków warrozobójczych pszczelarze powrócą do deseczek z Klartanem. Zamiast Fumagilliny będą dalej stosować ziele kobylaku lub inne zioła, przeciw grzybicy kwasek cytrynowy i ocet. Otworzą się też szeroko możliwości dystrybucji różnych „cudownych” paraleków z jakimi już ostatnio mamy do czynienia. Jeśli procedury sanitarno-weterynaryjne nadal będą tak komplikowane, to zdecydowana większość pszczelarzy po prostu je zignoruje, nawet jeśli nie będzie mogła korzystać wtedy z dopłat. Czy o to chodzi twórcom prawa? Nie sądzę. Myślę , że chcą oni dobrze tyle, że wychodzi jak zwykle. Z racji swojej pracy stykam się z wieloma pszczelarzami i doprawdy lepiej nie powtarzać co sądzą oni o tych wszystkich nonsensach.

Czy możemy jakoś pomóc polskim pszczelarzom? Czy dosyć przecież liczne, zróżnicowane i aktywne środowisko pszczelarskie w Polsce nie jest zdolne do opracowania projektu i lobbingu na rzecz uchwalenia jakiejś specjalnej ustawy pszczelarskiej która regulowała by najważniejsze problemy tej gałęzi rolnictwa? Tam właśnie sprecyzowane być powinny zasady lokalizacji pasiek, warunki produkcji i sprzedaży miodu, zwalczania chorób, wędrówek z pszczołami, ich ochrony przed zatruciami, odpłatności za usługę zapylania itp. Mówi się o tym od dawna, ale chyba najwyższy już czas na działanie.

Jan Ślósarz